Mój dzień

Skończyłam pisać bloga, położyłam się spać. Pięknie, cudnie, leżę sobie rozkosznie, aż tu mi coś zaczyna wiercić w głowie. Słyszę nikły odgłos grzejącej farelki w pokoju obok. Moja współlokatorka zostawiła ją włączoną. Jak tak można?? Tyle prądu pobiera, a jak coś się stanie? Ludzie tyle marnują energii!
Oglądałam jakiś rok temu filmik Jonny Jinton o tym, że w miejscowości, w której postanowiła zamieszkać, mającej zalewie 10 domostw, ktoś zamierza zbudować elektrownię emitującą światło, hałas i zanieczyszczenia. Wśród niepowtarzalnej nieskażonej natury, krainy cudownych lasów i jezior -  miało się zdarzyć takiego. Jonna wiele lat żyła z poskórną obawą, że ktoś zburzy jej świat. W końcu pogodziła się z tym, choć wiedziała, że w przypadku przeprowadzki czeka ją pewien proces od nowa - wynajmowane mieszkanie i domek letniskowy. Zdałam sobie sprawę, że ja też mam w sobie taką elektrownię, co mi odzwierciedliła ta farelka.  Tak naprawdę nie realizuję swoich marzeń, tylko buduję dopiero podstawę, totalnie od początku. Zarabiam tyle, żeby żyć następny miesiąc. Jeżdżę śmierdzącymi ulicami. Nie ufam ludziom i "wygładzam" rzeczywistość...pomijając moje gwałtowne reakcje emocjonalne. I zostaje mi tylko vlog Jonny, czyli udawanie, że też jestem otoczona przez przyrodę, piękno, i że poruszam się sprawnie i  z wdziękiem po rzeczywistości, a inni chcą mnie widzieć i naśladować.

Więc mieszkam w mieście...
Może to jakiś przystanek na drodze? Ale przecież mieszkam w mieście już ponad 10 lat! Dopiero niedawno zaczęłam serio myśleć, że życie na wsi, z pracą i dostatkiem jest możliwe. A na razie miasto jest mi potrzebne. To miejsce, gdzie są przede wszystkim ludzie,  mam ich cały kalejdoskop do obserwacji. Jest ich mnóstwo! I doceniam. Życie ludzkie, samą jego istotę.  I wdycham razem z nimi powietrze przesiąknięte spalinami i pyłem, śpieszę do szpitala na badania, wszystkie usługi i instytucje mam na wyciągnięci ręki.
Są jednak rzeczy, które napawają mnie optymizmem i sprawiają, że czuję szczęście. Mieszkam bardzo blisko lasu, z balkonu roztacza się widok na piękny ogród, a wyżej na korony drzew miejskiego Sikornika. Okruchy natury w Krakowie i mój naturalny styl życia to może być temat kolejnego postu:)

* * *
A oto co napisałam wcześniej;)

Ósma rano. Budzę się. Ale nie, nie wstaję. Tu jest bezpiecznie, chcę spać. Brr, nic tam ciekawego w dzisiejszym dniu... Wstaję 20 minut później. Napiszę dzisiaj bloga! Nastawiam ziółka, myję naczynia.
Pakuję termos i portfel do plecaka. Super! Idę o sklepu po grapefruity i do lasu!
Po powrocie gotuję owsiankę, obieram grapefruita i dodaje zmielony słonecznik. Mmm...
Biorę też sodę z melasą karobową w ramach kuracji.  Ble. Dzwoni tata, jest z moim bratem w szpitalu w Krakowie. Może się z nimi spotkam chwilę.
Przygotowuję pojemniki i opakowania do zakupów. Na cieciorkę, na kaszę, na płatki, i torbę na warzywa. Biorę tez kilka awaryjnych opakowań na wszelki wypadek.
Jadę do taty.
 Przyjechałam do domu z cieciorką, kaszą, warzywami, bez grama nowych opakowań, cudowne uczucie! Piję wodę z pigwą. Ciepłą wodę.
Pokroiłam marchewkę i dynię, i wstawiłam do gotowania. Teraz już nie zdążę tej zupy przygotować i zjeść, więc jem coś ciepłego z wczoraj i pyszny chlebek ziarnisty na zakwasie. Do tego masło z orzechów laskowych. Zycie z jedzeniem jest cudowne…(!) Pora zaraz wychodzić. Jadę autobusem, bo do pracy mam daleko. 
Po zajęciach odpoczywam w tramwaju, czuje niepokój spowodowany kawą, a może to wysiłek emocjonalny, który miałam w pracy? Robię notatki z zajęć, rozmyślam...

Cóż, dzień wydawał mi się idealny, aż do momentu pójścia spać;)

Pozdrawiam ciepło!






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recovery

Poddanie - fragment filmu i mantra

Niezrealizowanie planu