Zmierzch Przed świtem


Wróciłam do tej książki po kilku latach. Pierwszy raz, gdy stała się popularna miałam 21 lat i jakoś mnie nie zachwycała. Była dla mnie mroczna, pesymistyczna, nierealna, wymyślona. Mimo to czytałam pierwszą część. Nie wiem, czy to upodobanie do destrukcyjnych klimatów czy rozterki emocjonalne młodej dziewczyny tak mnie pociągały, ale na pewno fascynował mnie świat fantasy. Chętnie się do niego przenosiłam, gdyż  świat realny nie był w moim przekonaniu tak bardzo atrakcyjny.
Sięgnęłam po kolejną część Zmierzchu, bo interesowała mnie historia miłosna Belli i Edwarda.  Temat stary jak świat, ja czuję się w nim jak niemowlę, choć mam 30 lat. Czasem miłość mnie unosi  – a czasem mam wrażenie że kręci się w kółko i napotyka co jakiś czas na mur. Choć ja mam coraz większy dystans do tych stałych zakłóceń. Są spojrzenia, bliskość, pomoc, rozwój, przekleństwa, kompromisy, złość, piękno, strach przed samotnością.  Wszystko to się miesza, przenika, wywołuje we mnie chaos. Czytam o romantycznej miłości człowieka i wampira i zastanawiam się, gdzie taką normalną miłość mogę  znaleźć, w sobie i na zewnątrz.
Może powinnam przeczytać tym razem 3. część sagi Zaćmienie - ponoć tam takie rozterki miała Bella...
W książce jak to bywa zresztą w bajkach, bardzo wyraźnie zostało oddzielone zło od dobra. Są dobre wampiry i są złe wampiry. W życiu też mamy walkę dobra ze złem, często w samej naszej głowie. Ta opowieść bardzo wnikliwie analizuje przeżywane emocje bohaterów, wręcz przenosi myśl po myśli postaci, na karty książki . Dla mnie to jest fascynujące, próba szczegółowego i realnego opisu psychiki.
Najbardziej emocjonujące i w mistrzowski sposób opisane są dla mnie sceny przemiany Belli i spotkania Cullenów z Volturimi na polu walki.
 Przemiana Belli to niesamowite cierpienie – niczym opis drogi krzyżowej – coś bliskie każdemu z nas, a kulminacyjny moment w książce, czyli stawienie się strażników wampirów z rodem "tych dobrych"pokazuje czym jest zło i w jaki sposób funkcjonują umysły. Że łatwiej jest zniszczyć niż żyć obok. Łatwiej niż dyskutować, spekulować, przekonywać. Żądza mordu – to ogromna siła – iluzja idealnego rozwiązania.
O ileż trudniej stoczyć walkę z własnym ego i słabościami. Wręcz niemożliwe. Bo to jak zabić siebie. Każda moja agresywna uwaga spotka odwet. Tylko pewność, opanowanie, kontrola instynktów są słuszne. Odpowiedni poziom agresji, niewysoki, ale minimalny – jest potrzebny. Czasem bronić się trzeba.

Podobno nie jest to książka najwyższych lotów literackich i pomysłu fabuły, jednak ja odbieram dzieło zmysłami i czuciem, a przy tej doznawałam różnych olśnień, analogii, stabilności.
Brak ciągłej gonitwy wydarzeń, raczej  zatrzymywanie akcji, jednostajność, szczegółowe opisy - kojarzą mi się z japońskim minimalizmem i celebrowaniem chwili i coś takiego doświadczałam czytając tę książkę. Mam też wrażenie że całość jest spójna i uporządkowana. Dla mnie duże znaczenie ma szata graficzna książek - magiczne symbole na czarnej oprawie komponują się ze scenerią wydarzeń - wiecznie pochmurnym niebem w Forks, kryjącym pod sobą skarby, a tymi skarbami są dobro, lojalność, i, oczywiście - prawdziwa miłość...
Przyjemnie sięgnąć po tę książkę.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recovery

Poddanie - fragment filmu i mantra

Niezrealizowanie planu