Moje ciało - mój beton

Trudno się przebić przez moje ciało, nieraz jest twarde jak skała. Dosłownie i w przenośni. Wstaję rano – czuję jakbym miała patyki w kręgosłupie. Mam powiedzieć coś ważnego – czuje się tak, jakbym ciała nie miała, jakby mnie nie było. Chcę wyrazić swoją potrzebę – zastygam i sztywnieję. Chcę o coś poprosić – tylko usta się ruszają, a w mojej szyi drut. Mam wyjść z domu i się boję – jakbym miała przebić się przez betonowy mur.

Ale lekarze znaleźli rozwiązanie. – Weźmiemy skalpel i najpierw trochę poprzekładamy w twoim ciele (kręgosłup, nadgarstki), a potem wytniemy Ci tarczycę. No przecież taka wybujała emocjonalność to na pewno coś z hormonami, a w ogóle to tam jest guz. Wyjmiemy guza, i się w końcu przystosujesz. Uwierzysz, ze nie ma innej drogi.

 - Wytniemy Ci całą tarczycę... albo pół...albo tarczycę z wszystkimi węzłami chłonnymi wokół
- Jest Pani pacjentką onkologiczną.
- No nie, jestem w szpitalu psychiatrycznym przecież.
- Pani jest w swoim świecie
- Stawia Pani pomiędzy nas swojego guza (Czepili się guza, a to chodziło o beton)

Ale powiem Wam szczerze, że tak naprawdę jestem jajkiem! Wystarczy mnie ugotować, a skorupka sama prawie schodzi. I to dosłownie – jak zrobię porządną rozgrzewkę i mięśnie się rozgrzeją, to najwylewniejsza jestem. To ból mija i czuję się bardziej giętkaJ

* * * 

Minęło 5 lat odkąd coś tam wykryto. Od biopsji zaczęło mnie coś dusić, ale od momentu wyjścia ze szpitala wszystkie "objawy" minęły, tak samo jak strach, że czegoś nie dopilnuję i umrę. Przez pierwszy rok jakoś zawsze mi nie po drodze do lekarza było i działałam na podstawie - co we mnie wywołuje więcej stresu - czy ustalanie operacji, latanie po mieście i robienie badań, czy odpoczynek w naturze, w domu, ucząc się medytacji czy słuchając kojących treści na youtube. Teraz już nie podświadomie i gdzieś głęboko, ale zupełnie świadomie i na powierzchni dociera i dotarło do mnie, że to ja jestem Panem czy Panią swojego zdrowia. Oczywiście kieruje tym jeszcze głębsza jaźń, ale trzeba się jej poddać.

  Widzę teraz wysoki budynek szpitala Narutowicza kilka przecznic dalej, pisząc tutaj te słowa, bo moje biurko stoi tuż obok drzwi balkonowych. 

Być może kiedyś znów zawitam do szpitala we własnej sprawie.Nie wydaje mi się to przyjazna instytucja w tym sensie, że jest tam po prostu sprzedawana jakaś ideologia o tym, co człowiek może a co nie. Owszem są miłe panie pielęgniarki i dobrzy lekarze - jak będę naprawdę coś sobie chciała wyciąć, to zwrócę się do nich, ale w większości przypadków to oni sprawiają, że ludzie chcą się tam "leczyć", taka kultura zdrowia się stworzyła. A pewnie dla większości to i łatwiej - wyciąć sobie nerkę, kawałek żołądka, tarczycę i co tam jeszcze nie wiem, albo tych tabletek nakupić - niż żmudnie codziennie pracować nad swoim charakterem i samemu uzdrowić się tak, jak się samemu do choroby doprowadziło.

Szanuję wszystkich wybierających konwencjonalną europejską medycynę. Ja już tak mam, że zawsze widzę wiele dróg. 

Czuję, że decyzja o zostawieniu tarczycy to coś więcej, niż tylko stosunek do sposobów leczenia. (Zresztą lekarze konwencjonalni nie widzą innych sposobów leczenia) Wybór pracy na sobą. Wybór wolności. Własnej ścieżki. Mój spokój wewnętrzny związany z ryzykiem, które niby podjęłam nie robiąc operacji jest dla ludzi wlekarzywierzących niezrozumiały i nazywany chorobą psychiczną.

 * * *

Kochani, nie rozumiałam przez wiele miesięcy, czemu ludzie tak boją się Covida, ale teraz rozumiem, jak mamy silnie zaszczepiony lęk przed śmiercią (byle przeżyć, macie tak? a coś więcej?).

Ja miałam tak samo z moja tarczycą. Najpierw w ogóle się nie przejmowałam badaniami, a potem inni zasugerowali mi, że może jednak powinnam. Potem już się bałam, jednak dusza moja najgłębiej jak się da widziała absurd całej tej „choroby”.

* * *

Czasem ten strach się jeszcze pojawia, ale to emocja, która jest słaba i przemijająca. Dużo większą siłę ma obecność w teraźniejszości. Poukładanie swoich wartości, albo też przewartościowanie życia – to właśnie przywraca zdrowie, jakikolwiek problem by nie był. Etyczne życie. Zgodne  naturą. Życie z pasją. „Wracanie do siebie” w każdej chwili, kontakt ze swoim ciałem, głębokie więzi. Wszystkie te składowe zdrowia trzeba aplikować starannie, codziennie i wytrwale. Tak jak tabletki. Nie zapominać.

Napisałam ten tekst, bo jak szukałam informacji o raku tarczycy, to prawie nie znalazłam. Ani książek, ani treści w internecie. Wszystko o nadczynności i niedoczynności. A ja miałam wyniki dobre. Moja tarczyca pracuje bez zarzutu. Teraz zresztą nie wierzę, że choroba może dotyczyć jakiejś części ciała. Choruje cały organizm z psychiką włącznie. Mogłabym zresztą zamieścić spis vlogów, artykułów ludzi, dzięki którym kształtowałam swoje zdrowie, choć  jak mówi Nitya - wszystko – dosłownie wszytko - każda chwila i każdy oddech prowadzi nas do prawdy. A ja dodam, że  czytać możemy z wszystkiego. I jak zadajemy pytanie Wszechświatowi, to ma on obowiązek odpowiedzieć. I te odpowiedzi są, trzeba tylko je dostrzec.

* * *

Dziękuję Klaudii Pingot, Malwinie Stach, Sandrze Czeszejko-dietetyczce, artykułowi ze Zwierciadła, Panu Zielarzowi, siostrze, Maćkowi i jego przyjacielowi Romkowi (Niczego nie podpisuj!), Annie Mikulskiej, Józefowi Kurowskiemu, Konradowi z Instytutu Medycyny Chińskiej, Barbarze Kazana.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recovery

Poddanie - fragment filmu i mantra

Niezrealizowanie planu